środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 14


Spacerowaliśmy alejkami trzymając się za ręce. Rozmyślałem o minionych dniach z Harry' m. Były to bez wątpienia najwspanialsze w moim życiu. Zastanawiałem się, co będzie, jak minie ten tydzień. Zaraz... TYDZIEŃ!? Co ja zrobię bez niego jak się rozstaniemy?
- Harry?  Co będzie jak minie ten tydzień? Będziemy się spotykać?
- Louis, co cie napadło? Jasne, że będziemy!
- No wiesz nasze domy są troche oddalone od siebie...
- To nie problem. Dopiero co zaczęły się wakacje, więc mamy całe 2 miesiące. W tym czasie możemy nocować u siebie nawzajem.
- A potem, jak zacznie się szkoła?
- Louis, kochanie co tydzień są weekendy. Spokojnie, poradzimy sobie. Przetrwamy to, a potem jak skończę 18 lat, znajdę jakąś kawalerkę, czy coś blisko ciebie i się przeprowadzę.
- Możesz zamieszkać u mnie.
- A co na to twoi rodzice? Przyjdę do nich i powiem 'dzień dobry, jestem Harry i od dziś zamieszkam z wami, bo wasz syn to mój chłopak i chcemy być blisko siebie?'  Louis, myśl realnie!
- Harry... w jednej sprawie cię okłamałem...- Przyszedł czas na wyznanie prawdy.
- W jakiej?
- Powiedziałem, że rodzice wyjechali do przyjaciół, ale to nieprawda. Ja... Nie mam rodziców... Mieszkam sam. Zginęli 2 lata temu w wypadku samochodowym.
- Louis, tak mi przykro! Przepraszam. Boże przepraszam, nie wiedziałem. Wybacz mi.
- Nie, to ty mi wybacz, że cię okłamałem.
- Louis, to nie ma znaczenia! Przepraszam, Boże naprawdę przepraszam, nie chciałem cię urazić. Podszedł bliżej i mnie przytulił.Potem pocałował tak namiętnie, jak chyba jeszcze nigdy dotąd, ale teraz było zarazem  więcej delikatności.
- To co... zamieszkasz ze mną jak skończysz 18 lat?
- Jasne Lou, jeśli tego chcesz.
- Dziękuję, będzie nam się przyjemnie razem mieszkało. Obiecuję.
- Trzymam cię za słowo.- Uśmiechnął się delikatnie.

* perspektywa Harry' ego*

Rozmyślałem, jak to jest mieszkać bez rodziców. Ten wypadek musiał być dla niego bardzo traumatyczny. Biedny Lou. Tak bardzo mu współczułem. Nie wyobrażałem sobie mojego życia bez mamy. Jej czułego dotyku. Szczególnie lubiłem, gdy przykładała rękę do mojego czoła, gdy miałem gorączkę. Zawsze miała chłodną dłoń, co działało kojąco na ból głowy. Codziennie robiła mi śniadanie i nieraz całowała na dobranoc.  Zdałem sobie sprawę, ze wszystkie te cechy posiadał Louis. Spojrzałem na swojego chłopaka i uśmiechnąłem się do niego. Odwzajemnił uśmiech i spytał.
- Będziemy tak łazić bez celu po tych krzakach?
- Podziwiam twój ogród. To jest przyroda... natura... ech nie zrozumiesz.
- Postaram się, wytłumacz mi.
- Tu nie ma nic do tłumaczenia, po prosu lubię przyrodę.
- Rozumiem cię, ale ja mam to na co dzień i  przyzwyczaiłem się już do każdego z tych krzaków.
- NIE MÓW NA TE KRZAKI KRZAKI!!!
- Dobrze Harry, tylko nie krzycz tak, bo wszystkie wiewiórki, które tu mieszkają, wyniosą się do sąsiadów.
- To tu są wiewiórki?
- No jasne,  w okolicy jest ich pełno. Nieraz ruszają szanowne dupy z tych drzew i schodzą mi coś ukraść sprzed domu. Chodźmy, tam jest ławka.
- Ooo masz tu też staw?- Spytałem zauważając zbiornik z wodą.
- Tak, a w nim peeełno ryb.- Powiedział sarkastycznie.
- Już wiem, co będziemy dzisiaj robić.
- Co?
- Połowimy ryby i przy okazji będziemy mieć już obiad. Masz grilla?
- Pewnie jest w szopie. Trzeba poszukać.
- Świetnie. Przyrządzę nam pyszną rybkę z grilla.
- Najpierw ją złów, a potem możesz mi robić apetyt.
- Dobra. Gdzie masz wędkę?
- Chodźmy do szopy.
Poszliśmy na tyły ogrodu, gdzie znajdowała się drewniana budka. Weszliśmy do środka i zaczęliśmy poszukiwania w zagraconym pomieszczeniu. Po pół godzinie wyszliśmy cali zakurzeni na słońce. Musiałem tak manewrować wędką, aby zmieścić się w drzwiach szopy. Obejrzałem dokładnie sprzęt, by upewnić się, czy jest zdatna do użytku. Grill był w nieco gorszym stanie, ponieważ brakowało jednej śrubki przy nodze, co sprawiło, że niebezpiecznie się chwiał. Ja wziąłem wędkę i zaniosłem na mostek nad stawem, Lou natomiast wziął grilla pod pachę i poszedł z nim przed dom. Gdy wrócił, kazałem mu poszukać przynęty, ale ze wstydem przyznał, że się brzydzi. westchnąłem i poszedłem szukać robaków. (aut. taaa tak bardzo romantycznie xD wybaczcie, ze tak Was zanudzam, ale kompletnie nie miałam pomysłu na ten rozdział ;_; ) Gdy znalazłem kilka, przeniosłem się na mostek, usadowiłem się wygodnie i zacząłem połowy. Kazałem Louis' emu rozpalić grilla, a sam skupiłem się na swoim zadaniu. Złowiłem 4 ładne sztuki, po czym uznałem, że nam wystarczy. Ruszyłem w stronę domu, gdzie Lou już czekał. Grill leniwie się dymił. Pokazałem mojemu chłopakowi zdobycze, a on uniósł wysoko brwi ze zdumieniem.
- Jakiem cudem je złowiłeś? Mieszkam tu tyle lat i w życiu nie udało mi się złowić choćby jednej.
- Wrodzony talent i urok osobisty. Ryby na mnie lecą. - Droczyłem się z nim. Trzepnął mnie w ucho, ale uśmiechnął się przy tym.- No... to  trzeba je jeszcze obedrzeć ze skóry i usunąć wnętrzności. (aut. taa znowu tyle romantyzmu ;_; ) - Louis zzieleniał na twarzy. Zachichotałem. - Nie martw się, zrobię to, ale przygotuj przyprawy, talerze i coś do picia.
- Ok. - odetchnął z ulgą.
Zająłem się brudną robotą, a gdy skończyłem, doprawiłem i zaniosłem na dwór. Położyłem ryby na ruszcie i usiadłem obok Louis' ego.

* perspektywa Louis' ego*


Siedzieliśmy przy grillu, zajadając się zdobyczami Harry' ego. Były przepyszne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz