środa, 18 czerwca 2014

Rozdział 17


Rano obudził mnie delikatny pocałunek w usta. Otworzyłem jedno oko i zobaczyłem niebieskie tęczówki mojego chłopaka. Uśmiechnął się.
- No nareszcie śpiochu. Zrobiłem ci śniadanie.
- Chyba jutro to ja będę musiał wstać wcześniej i przygotować ci śniadanie do łóżka. Należy ci się.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę.
- Hahahaha   a wypadałoby.
- Żartuję. Jesteś moim  gościem i będę ci robił śniadanie, dopóki tu będziesz.
- Nie, nie, nie jutro moja kolej i nie kłóć się, raz mogę się dla ciebie postarać.
- No dobra, ale tylko raz.Polubiłem to.
- Jak będziesz u mnie , to ja będę ci przygotowywał śniadanie.
- A będę u ciebie?
- A nie?
- No nie wiem.
- No to już wiesz.
- Aha, to fajnie. Widzę, że wszystko już ustaliłeś i nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia?
- Nie.

* perspektywa Louis' ego*

Chciałem przekomarzać się z nim dalej, ale zamknął mi usta pocałunkiem. Po chwili oderwałem swoje usta od jego.
- Zjesz w końcu to śniadanie, czy będziesz się tak wymigiwał bez końca?
- Przepraszam Lou, na śmierć zapomniałem. To co dziś serwuje szef kuchni?
- Tosty z dżemem.
- Mmm prosto, ale pysznie, jak u mamy.
Trzepnąłem go w ucho.
- Zamknij się i jedz, bo ostygnie.
- Dobrze mamo.
Z miejsca wpakował sobie całego tosta do buzi, ale nie przewidział tego, że nie będzie mógł ruszyć szczęką. Wyglądał komicznie i z trudem powstrzymując się przed zrobieniem  mu zdjęcia, z głośnym chichotem podałem mu szklankę z sokiem. Spojrzał na mnie z wdzięcznością. Następnego tosta gryzł już po kawałeczku. Na koniec pocałował mnie i podziękował.  Ubraliśmy się i wyszliśmy na dwór. Nie mieliśmy pomysłu co robić w tak upalny dzień, więc po prostu siedzieliśmy pod drzewem w cieniu i rozmawialiśmy.
- To kiedy jest następny etap X Factor?
- Za 2 tygodnie.
- Chyba czas zacząć już coś przygotowywać.
- Tak, trzeba by było.
- Nie chcę tam jechać.
- Dlaczego?
- Boję się, że się ośmieszę.
- Ale Harry... śpiewałeś już raz i poszło ci świetnie. Dlaczego miałbyś się ośmieszyć?
- Po prostu mam lęk przed wystąpieniami publicznymi. Wtedy udało mi się to przezwyciężyć. Teraz wiem, że jest tyle lepszych ode mnie ludzi, na przykład ty.
- Wcale nie jestem lepszy. Nie wiem dlaczego przeszedłem, wypadłem okropnie.
- Wcale nie! Ale nie kłóćmy się już.
- Musisz skończyć to, co zacząłeś. Dostałeś od losu życiową szansę. Nie możesz jej zmarnować.
- Tak, ale teraz to wszystko przemyślałem i ja na prawdę nie wiem co bym zrobił, gdybym wygrał. Nie pasuję do bycia sławnym. Tam potrzeba odwagi, a ja jej nie mam.
- Znajdziesz ją w sobie. Potrzebujesz tylko czasu. A z takim głosem zajdziesz na prawdę daleko. Musisz przełamać w sobie lęk i będzie dobrze.
- Szkoda, że nie możesz być tam ze mną na scenie.
- Tak, we dwójkę zawsze raźniej. Ja wcale nie żałuję, ze poszedłem. Spotkałem tam najwspanialszą osobę na świecie i nawet jak zrobię z siebie pośmiewisko, wiem, że ma ciebie.
- Tak, jeśli patrząc na to od tej strony, to ja już wygrałem najlepszą nagrodę, jaką mogłem sobie wymarzyć. Twoją miłość. Kocham cię Louis.
- Też cię kocham.
Te słowa uwieczniliśmy pocałunkiem.
- Może zrobimy sobie tygodniową przerwę i skupimy się na przygotowaniach?
- Będę za tobą strasznie tęsknił.
- Tak, ja też. To co w sobotę zawieziesz mnie do domu, a w sobotę za tydzień możemy jechać razem na kolejny etap.
- Jasne, możemy pojechać moim samochodem i potem od razu wrócimy do mnie.
- A czemu nie zostaniemy u mnie chociaż kilka dni?
- A co z twoją mamą? Chcesz jej powiedzieć?
- Niekoniecznie.
- No właśnie. Miałem szansę ją poznać. To mądra kobieta. Na pewno się domyśl, bo nawet jeśli nie palniesz czegoś bez zastanowienia, to widać. Nasze spojrzenia, gesty.
- No tak, masz rację, ale to, że ciągle siedzę u ciebie, może się jej nie spodobać.
- Dobrze możemy zostać jeden, czy dwa dni jeśli chcesz, ale u mnie mamy więcej swobody.
- Ok.
- Co zaśpiewasz?
- Sam jeszcze nie wiem. A ty?
- Nie mam pojęcia. Idziemy na lody?
- Jakiego typu lody masz na myśli?
- Ty tylko o jednym.
Pokręciłem z dezaprobatą głową. Uśmiechnąłem się.
- To co idziemy?
- Bardzo chętnie.
- Zrobimy przy okazji jeszcze małe zakupy.
- No to chodźmy.
Poszliśmy na chwilę do domu, aby wziąć portfel, torbę i wyszliśmy do miasta. Kupiliśmy sobie po lodzie i od razu dzień stał się lepszy. Gdy zjedliśmy, poszliśmy do supermarketu i krążyliśmy między regałami. Wybierałem potrzebne produkty. Kupiłem też mrożoną pizze na obiad oraz truskawki i śmietanę na podwieczorek. Zapłaciłem i ruszyliśmy spacerkiem do domu. Rozpakowałem zakupy i wstawiłem pizze  do piekarnika. Jeśli wierzyć ulotce, miała być gotowa po 10 minutach pieczenia, więc w tym czasie przygotowaliśmy z Harry' m  talerze i sztućce oraz zmrożoną Pepsi. Wszystko zanieśliśmy na taras, bo stwierdziliśmy zgodnie, że tam będzie przyjemniej niż w kuchni. Pizza po 10 minutach była gotowa, więc pokroiłem ją i zaniosłem na dwór. Zjedliśmy z apetytem. Była całkiem niezła jak na mrożoną pizze z supermarketu. Posprzątaliśmy o sobie i wróciliśmy na taras. Harry siedział z uśmiechem na ustach. Był taki szczęśliwy. Kochałem ten jego uśmiech. Miał wtedy takie słodkie dołeczki w policzkach. Zauważył, że mu się przyglądam.
- O co chodzi?
- Podziwiam jakiego mam przystojnego chłopaka.
- Bez przesady, ja mam lepszego.
- Wcale nie.
- Tak
- Nie
- Tak
- Nie
- Tak
- Nie
- Tak
- Nie
- Tak
- Nie
- Nie
- Co?
- Nic a co?
- Nic.
Roześmialiśmy się równocześnie i nie mogliśmy się opanować przez dobre 5 minut. Aż się oboje popłakaliśmy ze śmiechu.  Z trudem się ogarnęliśmy i jeszcze lekko chichocąc, poszliśmy nad staw. Usiedliśmy na mostku i maczając stopy w chłodnej wodzie siedzieliśmy wtuleni w siebie. Nasze twarze ogrzewały ciepłe promienie zachodzącego słońca. Loki Harry' ego łaskotały mnie w policzki. To było przyjemne uczucie. Czułem się taki szczęśliwy. Opuściłem na chwilę mojego chłopaka i poszedłem do domu po truskawki i bitą śmietanę.  Zawsze chciałem nakarmić Harry' ego, a teraz był idealny moment. Siedzieliśmy na mostku i jedliśmy owoce. Chłopak położył głowę na moich kolanach. Głaskałem jego bujne loki, a on przymknął oczy z zadowolenia. Wziąłem Truskawkę i podstawiłem mu pod nos. Otworzył usta i chwycił ją w zęby.  Następnej nie dałem mu tak łatwo. Musiał się trochę przy tym naprężyć.
- Jaki giętki.
- Mmmm... widzisz takie umiejętności się do czegoś przydają.
Uśmiechnąłem się i zacząłem jeździć opuszkami palców po twarzy chłopaka. Badałem jego blade powieki, lekkie cienie pod oczami, opalone policzki i malinowe usta. Na koniec złożyłem na nich delikatny pocałunek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz